20.2.15

Gorączka walentynkowej nocy

Ci, którzy są z nami na facebooku wiedzą, że Aleksa w sobotę dopadła gorączka walentynkowej nocy. Mały był słabiutki ledwo się trzymał, a jędza trzymała go do poniedziałku.
Mimo zwycięskiej walki z gorączką, kaszel nie odpuszczał. Przez skubańca dzień zaczął wplatać się w noc, zaś noc trwała do południa.
We wtorek postanowiłam młodego skonsultować u lekarza, ale minęliśmy się z panią doktor.
Niestety takie już moje matczyne zboczenie, że jeśli nie ma lekarza naszego, to nie chcemy żadnego. Wolę zdać się na własną intuicję, niż zwalczać infekcję wirusową antybiotykami, a ta podpowiadała mi, żeby dokupić syrop przeciwwirusowy. I... polepszyło się, Aleks po raz pierwszy od kilku dni spokojnie zasnął, ale nad ranem znów zaczął szczekać - kurczę!!!

W takich sytuacjach tłumaczę sobie, że to tylko leki a nie eliksiry i trzeba trochę czasu żeby zadziałały.
Niestety wczoraj opadły mi ręce, gdy na wszystkie pytania:
- chcesz kanapeczkę?
- chcesz paróweczkę?
- chcesz jajeczko?
- chcesz bananka?
Stanowczo odpowiadał NIE!
No to idziemy do lekarza. Pani doktor podpisała sie pod dotychczasowym leczeniem i dopisała jeszcze jeden syrop.
Wychodząc z przychodni pomyślałam, że już obojętnie co zje, nawet fast food, ale niech coś w końcu zje!!! Pomimo tego, że w domu wypatrywał nas swoimi tłustymi okami, pyszny, zdrowy i złociutki rosołek, z premedytacją zapytałam:
- Chcesz hamburgera???
- Noooooo!!!
Ku mojej uciesze zjadł, ogromnego hamburgera - obronił się zestawem surówek ;)
Po powrocie do domu, chwilę się pobawił i około 17:00 zasnął i spał... i spał... i spał... O 19:00 - raz kozie śmierć, trzeba młodego przebrać w piżamę i podać leki. Trudno, jak się rozbudzi to będziemy mieli nocny seans bajkowy.
Tak też zrobiłam, a Aleks dalej... spał... i spał... i spał...
Zaczęłam się martwić, że wizytą u lekarza i wypadem na hamburgera, zwyczajnie go dobiłam i choróbsko się odnowiło. Pół nocy łaziłam i sprawdzałam czy nie ma gorączki (czy oddycha - proszę bez komentarza) Z drugiej strony próbowałam uspokoić samą siebie, że w końcu wraca do zdrowia. Wreszcie zasnął zdrowym, nieprzerwanym kaszlem snem, a ja nie daje mu się spokojnie wyspać.
I tak przespał 14 godzin ciurkiem, a rano usłyszałam:
- Mamoooo, ja chce chebek!!!

4 komentarze:

  1. Przespać całe 14 godzin... a jednak dzieciństwo potrafi być piękne, mimo choroby. Wyobrażam sobie taki słodziutki, poranny głosik - mamo, ja chce chebek! W sumie to nie jest źle, chlebek jednak wygrywa ze wszelkimi fast foodami :). Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chebek i jajecznica zostały zaserwowane szybciej, niż w jakimkolwiek barze szybkiej obsługi. Niewątpliwie kuchnia McMama wygrywa, zarówno pod względem szybkości jak i jakości ;) !!
      Pozdrawiam

      Usuń
  2. A miałem ambitny plan nie jeść Fast foodów... Po przeczytaniu wpisu pierwsze co zrobiłem to pojechałem po mielone i bułki na hamburgery :)

    OdpowiedzUsuń